|
Iwona L. Konieczna: blog o zdradzie. Wszystkie prawa zastrzeżone. Copyright c 2010 Iwona L. Konieczna
Blog > Komentarze do wpisu
RATOWAĆ MAŁŻEŃSTWO? - CZY LEPIEJ OD RAZU BRAĆ ROZWÓD?Jestem zwolenniczką walki o małżeństwo do krwi ostatniej. Kosztowała mnie ta filozofia, o tak! - bo sprawdziłam ją w boju - bardzo słono kosztowała - gdyż przegrałam. Ale nie żałuję. Nadal jestem za nierozerwalnością związku. Tyle, że widzę konkretne wyjątki od tej reguły.
Nie lubię zwierzeń. Tym bardziej nie leży mi publiczna spowiedź. Ale do tego tematu jest potrzebny wstęp osobisty. Nie mogę się dłużej migać;-)
*** Najpierw teoria. Gdy mowa o ratunku dla małżeństwa albo o rozwodzie - jest bardzo ważne kto, dlaczego i z jakich pozycji się wypowiada. Kto, kiedy, do czego i dlaczego Cię namawia, nakłania, przekonuje czy wręcz przymusza. Kto kładzie kamyki na szalkach Twojej Twojej decyzji i jakiej próby są to argumenty. Kto ma jaki interes w tym, żebyś postąpiła w określony sposób. Ludzie mają najróżniejsze interesy emocjonalne (i materialne), kiedy zabierają głos w sprawach swoich bliźnich. A presja, którą wywierają jest nieraz bardzo nieuchwytna. Zdarza się niestety, że przyjaciele - dość mechanicznie patrząc na Twoją sytuację - przypinają do niej te rozwiązania, na które sami nigdy się nie zdobyli w swoich układach; układach które jednak są z innej bajki... Rozejrzyj się i zobacz: ile rad o szybkim rozwodzie usłyszysz od koleżanek, które same tkwią w nieudanych czy toksycznych związkach?! Gdy Twoje małżeństwo stoi na krawędzi, musisz znać motywacje swoich doradców i podpowiadaczy. Nie wolno Ci łykać ich pomysłów jak gęś łyka kluski. Albo nie odczytywać ich presji, chociaż przeżywasz kryzys. Bo do prania Ci mózgu stanie wtedy dosłownie kolejka chętnych. Ale decyzja o walce lub rozwodzie ZAWSZE powinna być Twoja i wyłącznie Twoja. Bo to Ty poniesiesz konsekwencje. Ty. Kobiety zanadto polegają tutaj na opiniach rodziny, przyjaciółek i autorytetów typu ksiądz. Kobiety pozwalają, aby ktoś je wyręczył w tej decyzji: a to nie tak. Inny błąd: kobiety szukają u otoczenia poparcia dla już podjętej decyzji tzn. konsutują zamysł po fakcie. No a wtedy nie słuchają rad wskazujących na inne rozwiązania niż to wybrane. Zachowują się jak głuche, gdy usłyszą coś, co nie przystaje do ich wizji. Najsłuszniejsze uwagi odbijają się od nich... zaś rykoszety rażą w ludzi, którzy mają rację. Tak też nie można: zwykle sama nie zawsze potrafisz ogarnąć ogrom swoich boleści i problemów - dobrze jest kogoś rozsądnego zapytać, co on by wybrał. Najlepej, żeby to był człowiek całkiem z zewnątrz. *** Wracając do mnie i moich spraw. Od sześciu lat pozostaję w wyjątkowo szczęśliwym związku z Pawłem Tomczykiem, świetnym scenarzystą i reporterem, ciepłym, inteligentnym, dowcipnym i atrakcyjnym mężczyzną w sile wieku. Detektyw Marcin Popowski, mój przyjaciel, w przypływach sarkazmu twierdzi, że powinnam na kolanach iść do Częstochowy z podziękowaniem za takiego chłopa. Ale Marcin jest niewierzący - i dlatego trudno mu właściwie ocenić sprawę: ja uważam, że powinnam iść do Częstochowy tam i z powrotem:-) W towarzystwie Pawła, oczywiście. On też ma za co dziękować, pardon. *** Dla obojga jest to związek numer 2, oboje mamy dzieci z poprzednich małżeństw. Po tych sześciu latach jestem wciąż zakochana. Wiele wskazuje na to, że osiągnęliśmy stan dojrzałej i odpowiedzialnej miłości - ale jest w tym również zachwyt, fascynacja oraz nieprawdopodobne zdziwienie. Jest euforia czystej wody. Są motylki. Jest czułośc. I czarna rozpacz, na samą myśl, że mógłby mi umrzeć czy zginąć w wypadku. Że mogabym go utracić. I parę takich...., typowych dla miłości romantycznej czy nastoletniej. Czuję się, jakbym czytała wyjątkowo ciekawą książkę. Taką, od której nie sposób się oderwać, nad którą zarywa się noc, bo człowiek musi wiedzieć co dalej... Z jednej strony mniej więcej wiem, co będzie (bo potrafię przewidywać zdanie Pawła na wiele spraw), z drugiej dzień za dniem przeżywam zaskoczenie, bo nawet wtedy gdy odgadłam jego pogląd, to jednak uzasadnienie bierze z nieoczekiwanej beczki. Nie podejrzewam go o zdradę. Trafił mi się biały kruk - facet monogamiczny, który gotowanie ma za hobby - i gotuje lepiej niż ja:-) Poza tym jesteśmy tak blisko, że wyczuwam, gdy jego emocjonalny radar robi zwrot o ćwierć cala. Byłoby mu niełatwo wplątać sie w coś... nawet przelotnego, z inną kobietą. Gdybym jednak coś prześlepiła... Bo okazje czyhaja wszędzie i nie sposób się przed nimi obronić, to stanęłabym do walki. Zgodnie z tym, o co prosimy w książce "Porady na zdrady" przemyślałam swoje stanowisko wobec jego zdrady "na sucho". Zakładam, że przebaczyłabym mu zdradę, ponieważ mój związek jest wiele, wiele wart. Do tego prawdopodobieństwo, że jeszcze raz poznałabym tak wspaniałego mężczyznę jest znikome: produkcji takich zaprzestali przez II wojną. Paweł jest z remanentów magazynowych. W ogóle, jestem gotowa wiele mu wybaczyć, ale... stawiając warunki. To miło, że On o tym wie i nie korzysta ze swojego kredytu. *** Oboje z Pawłem pochodzimy z kochających się rodzin o bardzo podobnej strukturze, niesłychanie podobnej historii: od trzech czy czterech pokoleń jesteśmy z jednego świata. Ale stabilne, udane i doskonale dobrane małżeństwa naszych rodziców nie nauczyły nas, że grunt to prawidłowy wybór partnera. A życie to nieuctwo i brak uwagi na lekcjach oceniło bardzo surowo. Każde z nas dostało laskę:-) I co dzisiaj po tym, że sądy uznały naszych byłych małżonków za wyłącznie winnych rozpadu naszych pierwszych małżeństw? Nic nam po tym, to smutne. Gdyby nie dzieci..., byłoby naprawdę smutne aż do dna. Na szczęście w końcu okazaliśmy się pojętni. Z negatywnych doświadczeń wyciągnęliśmy prawidłowe wnioski. Uświadomiliśmy sobie, że (pomijając wysoką kulturę codziennego współżycia) małżeństw naszych rodziców nie wolno nam traktować jako wzorów do powielenia. Nasi rodzice żyli w innym świecie i innych czasach, mieli inne problemy i możliwości, czyhały na nich inne pokusy. Wywodzili się z takich środowisk, w których nikt nawet o rozwodzie nie myslał. A my..., my już wiemy z własnej i cudzej praktyki, że można wziąć rozwód i... słońce nie zgaśnie, Bóg piorunem z góry nie trzaśnie. A świat zatrzęsie się w posadach, owszem, lecz wróci do normy.
*** Teraz zdajemy poprawkę. Nie przeoczyliśmy się: chociaż każde miało do wyboru również inne partie, na oko świetniejsze czy wygodniejsze. Nie było w nas za wiele nadziei, nie brakowało wątpliwości... - poradziliśmy sobie i z tym; z małej iskierki buchnęło domowe ognisko, które płonie równym płomieniem. Stos połupanych drew leży obok kominka. Świadomie wzięliśmy się za trudną sztukę pielęgnowania uczucia oraz więzi. Za rozgrzeszanie codzienne - o wiele trudniejsze niż wybaczanie wielkich win. Wzięliśmy się za rozmowę czyli codzienną wymianę myśli, niezależną od wymiany komunikatów na tematy praktyczno-organizacyjne. Och, to jeszcze trudniejsze - tak latwo "nie mieć czasu" na rozmowy o książkach, o snach, o obawach. Nie mamy już sentymentalnych złudzeń na temat ludzi, małżeństwa itd. - w szczególności wiemy, że potrzebne są osobne, dodatkowe gwarancje spajające związek. Gdyż człowiek jest tylko człowiekiem, a małżeństwo nic nikomu automatycznie nie gwarantuje: to nie patent na wierność, miłość i poczucie bezpieczeństwa. Każde z nas stanowczo domaga się więc przestrzegania swoich uprawnień, upomina o swoje i łatwo nie rezygnuje. W szczególności, nikt sie nie poświęca. Niektórzy uważają takie trzeźwe podejście za cyniczne - proszę uprzejmie, każdy teoretyk niech sądzi, co chce. Ważne, że takie zdrowe założenia dają płaską, równą i twardą podłogę pod nogi. Nikt sie o nic nie potknie w ciemnościach. A w niedobrej chwili łatwo na takiej podłodze zrobić dwa czy trzy kroki do tego najbliższego człowieka i go objąć. Przypomnieć mimochodem jemu oraz sobie, iż jesteśmy ze sobą z własnej woli. Że ten drugi niedoskonały człowiek to moja miłość, mój wybór. Moja nadzieja i moja przyszłość. *** Mamy za sobą ileś tudnych chwil, które są wpisane w materię każdej ludzkiej relacji. Ale dajemy sobie radę. Bo nie spodziewamy się, jak kiedyś, naiwnie, że sam się zbuduje ten cichy piernikowo-serialowy domek z ogródkiem, z parą zakochanych staruszków w środku... Takich staruszków, którzy wszędzie chodzą pod rączkę i wspólnie podziwiają malwy pod oknami. Ale trenujemy jak umiemy np. chodzimy po ulicach, trzymając sie za ręce... Ile znasz dojrzałych par, którym sprawia przyjemność chodzić z dłonią w dłoni?! Wspólne życie wychodzi nam koncertowo, chociaż zastosowaliśmy naj-najprostsze zasady. Ale o tym kiedy indziej: tu i teraz istotne, że mam harmonijne życie osobiste - nie jestem rozgoryczona ani zgorzkniała (dziennikarze, gdy zadają pytania, wychodzą z tego właśnie założenia), nie jestem ofiarą okrutnej zdrady, z sercem złamanym, pełnym nieufności do mężczyzn, ludzi czy świata. O, nie. A na żale szkoda czasu. Tym bardziej, że pierwsze małżeństwo wyjęło mi z życiorysu całą dekadę. I kosztowało dorobek poprzedniej dekady. Jest trochę do nadrobienia:-) *** Mam za sobą nieudane małżeństwo, to prawda. Brutalnie nieudane. Przeżyłam też traumatyczny, powikłany rozwód. Jeden z takich popapranych, z których można wykroić ze siedem spraw sądowych. Z takich, o których nikt nie pisuje reportaży, bo ogrom problemów czy natężenie patologii wymagałby ksiażki: a kto chciałby czytać tak paskudną książkę? Chociaż akurat nie z powodu zdrady - był to rozwód bolesny jak wiwisekscja, który sporo mi dał do myślenia. Czasu też na to miałam aż nadto:-) Od chwili, gdy wniosłam pozew - do uprawomocnienia się wyroku II instancji ten rozwód trwał ponad 8 lat. (Od kilku lat obiecuję sobie to policzyć dokładnie, ale zawsze brak czasu - jak zresztą na wszystko, jakkolwiek związane z przebrzmiałym związkiem). Na 11 lat (na papierku) tego mojego malżeństwa, realnie trwało ono 1,5 roku. Potem mieszkaliśmy osobno. A system bronił spójności tego układu - z powodów formalnych. Niekiedy też "dla dobra dziecka". Bo... nie miałam świadków, nie miałam pieniędzy, nie wiedziałam jak... Na nic moje wykształcenie czy zawodowe doświadczenie - naprawdę przez pierwsze cztery lata brakowało mi takiego poradnika, jak "Porady na zdrady. Podstawy detektywistyki dla żon i narzeczonych". Jednak w końcu dałam sobie radę. Doprowadziłam swoje sprawy do finału - inaczej mój rozwód trwałby zapewne tak długo, że pobiłby rekord Guinessa:-)
*** Po co o opowiadam o sprawach zakopanych pod omszałym kamieniem? Powodów jest kilka. Różne sprawy, które opisuję - i które ostro krytykuję - znam z autopsji. Oraz z doświadczeń wielu innych kobiet, w tym m. in. klientek detektywa Marcina Popowskiego. Chcę żebyś to wiedziała: ja jestem praktyk. I chcę potrząsnąć niejedną - w nadziei, że złapie potem przyjaciółkę za ramię, szarpnie i... Będzie umiała wyjaśnić, iż lezie na skraj przepaści.
Posłuchaj mnie, zawierz, zwłaszcza wtedy, gdy twierdzę iż system prawny naszego państwa jest seksistowski - i musisz to zrozumieć nawet, jeżeli w Twoim małżeństwie wszystko jest (i ma być) w porządku. Bo za swoją niewiedzę, nieświadomość prawną możesz zapłacić nie tylko wtedy, gdy związek się popsuje. Ten system nierówno rozdziela prawa. Został tak skonstruowany, tak wyważony, aby każda kobieta automatycznie prezentowała się jak głupia baba z niesłusznymi pretensjami. Zaś dziecko nie ma w nim żadnych realnych praw, nie jest obywatelem. Nie jest istotą, której interesom przysługuje jakakolwiek ochrona prawna. Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy stanowi wyłącznie kwiatek do tego zawszonego kożucha - widomy przejaw obłudy tego systemu.
Posłuchaj mnie także, gdy domagam się, żebyś nauczyła się myśleć strategicznie i pilnowała swoich interesów, nawet gdy jest dobrze. To znakomicie ustawia relacje z mężczyzną, to przepaja szacunkiem fundamenty waszej wspólnoty: faceci nie cenią sobie głupich, słabych i ubogich kobiet. Posłuchaj mnie, gdy mówię żebyś podczas kryzysu twardo i jednoznacznie broniła swoich interesów - także materialnych, nie tylko uczuciowych. Bo jest życie "po". Jest - i dlatego lepiej mieć parę złotych w banku niż nie. Posłuchaj, gdy namawiam, abyś wszelkimi sposobami nie dopuszczała do siebie nienawiści, czarnej rozpaczy i innych paskudnych uczuć. Żebyś nie myślała o zemście. Żebyś grała fair i była etyczna: żebyś szła prostą drogą, chociaż (wydaje się, że) jest dłuższa i bardziej boli. Posłuchaj mnie, bo wiem o czym mówię. Poszłam prostą drogą, oberwałam za to w kość - od systemu, który woli kłamców - ale teraz... Teraz... Teraz żyję w raju. Znów potrafiłam zaufać. I wybrałam właściwego mężczyznę.
*** Znam kobiety, które swej oczywistej krzywdy dowodziły brudnymi metodami. Dowiodły. Obroniły swoje interesy o wiele lepiej niż ja - lecz teraz nie mają czystych rąk ani czystego sumienia. Nie potrafią zamknąć za sobą drzwi do tamtego ciemnego pokoju i iść w światło. Własnymi rękami ukręciły łebek swojego happy endu. Nie polecam pewnych rozwiązań ani cynicznej postawy. Odwrotnie, potępiam - tak samo jak potępiam bierność, lenistwo i zaniechanie wyciągania wniosków z własnych błędów. *** Ja popełniłam mnóstwo błędów. Zapłaciłam za nie, za każdy po kolei. Przetrawiłam je z pomocą przyjaciół i specjalistów - mam nowe życie: nie od wczoraj, nie od dziś. Nauczyłam się żyć. Patrząc z tej perspektywy widzę, iż m. in. bardzo słono zapłaciłam za swą filozofię ratowania małżeństwa. Za przekonanie o nierozerwalności związków - dodam, niereligijne, ponieważ z mężem nr 1 nie miałam ślubu kościelnego. Dla mnie to kwestia pewnych zasad, wierności swojemu słowu i sobie, dotrzymywania umów. Gdyby nie to przeświadczenie, z gruntu błędne w tym konkretnym przypadku - i gdyby nie brak pewnej wiedzy, obecnie zawartej w "Poradach na zdrady. Podstawach detektywistyki..." - to byłabym w stanie w porę uciec z tego związku. Przez te półtora roku moich prób - absurdalnych, jak to oceniam z wyżyn dzisiejszej świadomości - sprawy się splątały, zawikłały i zapaskudziły. A ja kompletnie wyczerpałam się psychofizycznie. Jak napisałam, że kompletnie, to kompletnie. A dopiero potem ruszyłam do swojego długiego marszu o wolność. Jeszcze bez wsparcia, bez... I jeszcze bez grosza, jeszcze z długami (pomine opisy durnych decyzji, które poczyniłam w ramach "ratowania małżeństwa" - wstyd mi własnej głupoty!:-). *** A mogłam zrobić szybkie i skuteczne "ciach!". Zamiast zwlekać, dać się zapędzić w kozi róg - i dać się ubrać w 8 lat bezsensu..., udręki - oraz prawnego uzależnienia od decyzji wroga. Ale ja nie byłam mądra sama z siebie - i nie miałam od kogo pewnych rzeczy się dowiedzieć. Nie miałam jak zdiagnozować spraw. Ty już nie jesteś w tak komfortowej sytuacji. Są "Porady na zdrady":-) Nie przez przypadek dostarczają patentów dobrych na wszystkie małżeńskie kryzysy, także z innych powodów niż niewierność seksualna. Wszystkie powody rozwodów - wymagajają identycznego dowodu. *** Reasumując: 1. w moim odczuciu rozwód to ostateczność. Trzeba wykorzystać wszystkie możliwości, jakie są, żeby przywołać faceta do porządku i uratoać małżeństwo, w które zainwestowalaś swój czas, siły i pieniądze. 2. Pewnych małżeństw, małżeństw z pewnymi facetami żadnej kobiecie ratować NIE WOLNO. Pewne związki to samobójstwo na raty. Z góry można ocenić, które to związki. W każdej chwili można ocenić, które to związki. A ocena nie jest arbitralna - są niezbite argumenty. 3. Trzeba grać na dwa fronty. Nie wolno walczyć o małżeństwo, przyjmując tylko opcję "ratunek" - a oślepnąć na inne możliwości, z "rozwodem" włącznie. Walcząc o małzeństwo trzeba mieć świadomość, że wbrew woli i dobrym chęciom kobiety - może nie wyjść. Takie jest życie. Basta. Po prostu: może nie wyjść, nie wszystko w życiu wieńczy sukces. W związku z tym, decyzja o rozpocżęciu walki do ostatniej kropli krwi o małżeństwo - musi zawierać podpunkt pt. "asekuracja na wypadek niepowodzenia". Jednocześnie trzeba szykować materiał, którego można użyć podczas rozwodu. cdn.
wtorek, 30 marca 2010, dumdumdum
TrackBack
Komentarze
Gość: stokrotka, host-80-51-62-38.darlowo.mm.pl
2011/02/24 20:51:03
Ratować małżeństwo czy nie należy się zastanowić . Ja podobnie jak ty chciałam je za wszelką cenę uratować zajeło mi to bezskutecznie sześć lat z życiorysu . Dołożyło wielu upokorzeń wstydu i utraciłam zdrowie .Teraz już wiem , ze starałam się ale zbyt długo zwlekałam tak nie wolno robić. Podięłam walkę z swoim " Oprawca " walka będzie ciężka bo " Oprawca " trudny do zwalczenia ale ja mam rację ja jestem pokrzywdzona i ja muszę go pokonać w uczciwej walce ' pokazać mu że świat nie jest zbudowany na kłamstwie i że jest jeszcze sprawiedliwość na świecie . Popieram wszystkie kobiety które wyjdą z tego amoku jak ja i zaczną walczyć . Pozdrawiam .
2011/02/24 21:46:46
A ja z kolei trzymam za Ciebie kciuki, Stokrotko. I wiem, że Twoja historia dobrze się skończy. Bo dobrze kończy się historia każdego człowieka, który ma kręgosłup:-) |
Polecam doskonalego prawnika |